Ostatnimi czasy zauważyłem, że moje ukochane seriale zaczynają mieć syndrom ostatniej sceny. Nie jest to nic złego, aczkolwiek drugiej strony może i jest. Już wyjaśniam. Kolejne odcinki są dobre, zaczynają się świetnie, po czym treść trochę się rozmywa, a w niektórych nawet odczuwalna jest nuda. I po tym wszystkim następuje finalna, końcowa scena, która wywołuje w nas przeróżne emocje, a scena ta zostaje przez nas zapamiętana jeszcze na długo po odcinku.
Owe przypadki zauważyłem między innymi w osiemnastych odcinkach piątych sezonów „Desperate Housewives” i „Grey’s Anatomy”. Podobnie było w przepięknej scenie z Tracy w dwudziestym odcinku trzeciego sezonu „Heroes”. Często zachwycające sceny są też w ostatnich odcinkach „Ugly Betty”.
Nie wspominając już o „Lost”, który jest tak zdrowo jebnięty, że aż zachwycający. Serio, ja ten serial oglądam i po każdym odcinku mówię „Boże, jaki chory odcinek”, ale mimo wszystko wiem, że mi się podobało. Nie mniej jednak czekam na naprawdę porządne wyjaśnienie tego całego bałaganu w ostatnim odcinku. Może będzie tak, że całość zamknie się klamrą i pierwszy odcinek pierwszego sezonu to jednocześnie ostatni szóstego?







