Cheryl Cole – Messy Little Raindrops
Pierwszy singiel – „Promise This” jest niesamowity, świetna piosenka i bardzo klimatyczny teledysk. Jakież wielkie rozczarowanie spotkało mnie po przesłuchaniu całego krążka panny Tweedy (jej wcześniejsze nazwisko przed poślubieniem Ashleya Cole’a). Płyta jest bardzo i właściwie nie ma na niej nic ciekawego poza wspomnianą już piosenką. Wcześniejszy (debiutancki) krążek „3 Words” również nie powalał na kolana, ale były tam kilka piosenek godnych uwagi, a nie tak jak tutaj – jedna. W ostateczności jeszcze można dodać, że „Let’s Get Down” z will.i.am’em jest nawet ok. Ale reszta? Totalna porażka, oj zawiodłem się. 2/10
- Najlepsze utwory: „Promise This”
- Najgorsze utwory: pozostała reszta
Sarah Connor – Real Love
Zacznę trochę od innej strony. Poprzedni krążek Sarah „Sexy as Hell” był właśnie sexy as hell. Był dynamiczny, taneczny, takie odejście od Sarah, jaką znamy, czyli ballady, ballady i ballady. Pierwszy singiel promujący album „Real Love” pt. „Cold as Ice” to piosenka również dynamiczna i bardzo elektro. Mogło to zwiastować, że taki też będzie nowy krążek. Nic bardziej mylnego.
„Real Love” jest przepełniony balladami. Znajdziemy tutaj szybkie utwory jak „Carry Me Home” czy mocne „Better Man”, jednak są to raczej wyjątki. Dominują tu ballady, w których wokalistka czuje się najlepiej. Już drugim singlem będzie właśnie ballada, tytułowe „Real Love”. Bardzo ładna, jednak ja wolałbym „Break My Chains”, gdzie mamy trochę fajniejszą zabawę z instrumentami (skrzypce itp.). Kolejne godne uwagi ballady to „Miss U Too Much” (świetny tekst), „Back from Your Love” czy „Solider With a Broken Heart”.
W tychże piosenka, Connor oprócz naprawdę dobrego głosu nie śpiewa o byle czym, teksty są dobre – może momentami zbyt proste, jednak takich prostych piosenek o miłości przecież nie może zabraknąć. Tutaj niemiecka piosenkarka odnajduje się znakomicie.
Krążek jako całość spisuje się świetnie. Naprawdę i wolałbym, aby sukces odniosła właśnie ta płyta, a nie np. album panny Cheryl Cole. Niestety prawdopodobnie będzie odwrotnie, bo Cole rozpromuje pewnie swoją płytę oprócz Wielkiej Brytanii również w całej Europie. Płyta Sarah Connor prawdopodobnie – oprócz rodzinnych Niemiec – ukaże się jeszcze u sąsiadów – w Polsce, może we Francji. A szkoda, bo jest nieproporcjonalnie dużo lepsza od tego, co pokazała Cheryl Cole. 7+/10
- Najlepsze piosenki: „Cold as Ice”, „Break My Chains”, „Miss U Too Much”, „Better Man”
- Najgorsze piosenki: „Rodeo”, „Time 2”
Nelly Furtado – Mi Plan Remixes
Generalnie nie przepadam za całymi albumami z remiksami, są tam zazwyczaj te dłuższe wersja a nieskrócone Radio Edit. W przypadku Nelly Furtado jest pół na pół, mamy remiksy długie i krótkie. Jest też coś, co mnie zdecydowanie zachwyciło. Nelly dograła angielskie wersy do najlepszego utworu „Fuerte” z hiszpańskojęzycznej płyty „Mi Plan” i w ten oto sposób powstało „Fuerte (feat. Concha Buika) (Original English version)”. Fenomenalna wersja, która pokazuje, że gdy wokalistka zechciała nagrać dwie bądź trzy piosenki z płyty „Mi Plan” po angielsku, miałyby one wielki potencjał. Bo tak jak coś jest po nie-angielsku to już świat tego nie lubi. Wszystko musi być bo angielsku i dupa.
Wracając do samych remiksów to najlepszy jest ten do „Manos al aire” w wykonaniu Robbiego Rivery. Interesujący jest również „Fuerte (Cajjmere Wray Hot Sweat Mix)” gdzie mamy zarówno angielskie jak i hiszpańskie elementy utworu „Fuerte”. 5/10
- Najlepsze utwory: „Fuerte (feat. Concha Buika) (Original English version)”, „Manos al aire (Robbie Rivera remix)”
- Najgorsze utwory: „Más (feat. Tony Dize) (Urban Remix)”, „Más (Rebirth Demolition Crew Mix)”
The Black Eyed Peas – The Beginning
Już teraz mogę stwierdzić, że krążek ten jest dla mnie jednym z największych rozczarowań 2010 roku. Zarzutów mam wiele – pierwszy i najważniejszy – tu nie ma żadnego hitu, żadnej piosenki, która mogłaby zdobywać listy przebojów jak „Boom Boom Pow” czy „I Gotta Feeling”, żadnego utworu, który mógłbym słuchać i słuchać.
Mówienie, że jest to kontynuacja „The E.N.D.” to mówienie źle o płycie z poprzedniego roku. Między jednym a drugim różnica jest kolosalna. Po pierwsze jest tu znacznie za dużo elektroniki, ja lubię te klimaty, ale tutaj jest to nie do zniesienia, głosy są strasznie przemłócone przez komputer i w ogóle aż głowa boli. Po drugie gdzie jest Fergie, Taboo i apl.de.ap? Dobrze ktoś napisał – to jest jak drugi, solowy album will.i.am’a, z gościnnymi występami wspomnianych wcześniej muzyków. Zostali oni odsunięci na bok, a najwięcej jest tutaj fatalnego i mocno komputerowego głosu will.i.am’a. Jest to koszmarne i niewybaczalne. Ten kolo ma tak wielkie ego, że prawdopodobnie doprowadzi do upadku tego zespołu. Przecież już w wakacje chodziły plotki, że Fergie chce opuścić BEP. Jak tak dalej pójdzie, to tak właśnie się stanie – i byłoby fajnie, z utęsknieniem czekam na drugi, solowy krążek Fergie.
Wracając do „The Beginning” – już sam wybór pierwszego singla zwiastował katastrofę – w końcu nie pokazali nic swojego, tylko zremiksowali kultowe „(I’ve Had) The Time of My Life”. Ale żeby aż tak nie ganić tego albumu są… trzy… trzy piosenki na 18, które mi się podobają. No może cztery. „The Situation” i „Whenever”, gdzie rolę przewodnią gra Fergie. Pewnie, dlatego mi się podobają. „Don’t Stop The Party”, bo tutaj mało jest głosów, więcej ciekawej melodii; „The Best One Yet (The Boy)” podoba mi się średnio, ale od biedy może być (tak jak singlowy „The Time (Dirty Bit)”). No i z bonusowych utworów ciekawy jest tylko „Take It Off”, który stylistyką przypomina dokonania zespołu z „Monkey Bussines” czy „Elephunk”. To tyle. Większość utworów to will.i.am śpiewający non stop ten sam tekst – jak np. w „Own It” mamy „i wanna own it, own it, own it”, a w „Play It Loud” jest „baby play it loud, play it loud, baby play it loud”. Sprawdziło się to przy poprzednich hitach, teraz jest już nieznośne i niesmaczne.
No to sześć utworów, które mi się podobają wyszło, z czego dwa średnie. Straszna bieda i straszny zawód. Bardzo słabe 3/10
- Najlepsze utwory: „The Situation”, „Whenever”, „Don’t Stop the Party”, „Take It Off”
- Najgorsze utwory: „Own It”, „Play It Loud”, „Light Up the Night”, „XOXOXO”, „Someday”
Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy
Kto by pomyślał, że będę pisać o płycie Kanye Westa. Ale tak się jakoś zdarzyło, że piosenka „Runaway” (z udziałem Pusha T) bardzo przypadła mi do gustu i chciałem zobaczyć, jak sprawdza się cały krążek. „Power” z Dwele ma ciekawą linię melodyczną, ale jak zaczyna się śpiewka Kanye to już mi przechodzi lubienie tej piosenki. Podobnie jest z resztą piosenek, nie są to moje klimaty i jakoś strasznie ich wszystkich nie polubiłem. Na uwagę na pewno zasługuje „All of the Lights”, w które gościnnie mamy mnóstwo gwiazd m.in. Rihannę, Alicię Keys i innych. Ciekawe również są „Hell of a Life” czy bonusowe „See Me Now” z Beyonce. A tak ogólnie to album na pewno jest godny uwagi, ale nie dla mnie, bo to nie mój klimat – dlatego nie wystawiam oceny.
- Najlepsze utwory: „Runaway”, „All of the Lights”, „See Me Now”
- Najgorsze utwory: „Monster”, „So Appalled”
